Fragmenty książki Czas lęku i nadziei Danuta Wraga-Ruszkiewicz
Wprowadzenie: Na szczególną uwagę zasługuje wątek wspomnień syberyjskich. Obejmuje on relacje zesłańców sprzed i z okresu I Wojny Światowej, wywiezionych w czasie II Wojny w czasie kresowych deportacji i wyprowadzonych z "nieludzkiej ziemi" przez gen. Władysława Andersa.
I wreszcie akowców ukaranych przez komunistyczne władze wywózką w głąb Rosji sowieckiej. Do pierwszej grupy należą opowieści Michała Niedziałkowskiego i Jana Wragi... ojca autorki, który walczył
z bolszewikami na froncie ufimskim i syberyjskim, był ranny, dostał się do niewoli i zesłany na katorgę w Wierchnie-Udińsku. Został zwolniony na podstawie osobistej interwencji przedstawiciela Japonii, o którą wystarała się gmina polska w Chiłku na Zabajkalu. Przewodniczyli jej Józef i Maria Niedziałkowscy. Mieszkali tam we własnym domu przy ulicy Czorti Ugol
/Czarci Kąt/
Józef Faustyn Niedziałkowski został zesłany z Warszawy na Syberię w 1905 roku. Po utworzeniu Polskiego Komitetu Ratunkowego /PKR/, którego celem było zorganizowanie społeczeństwa dla pomocy uchodżcom polskim we Władywostoku i najbliższej okolicy, i po powstaniu wielu filii rozsianych w głównych miejscowościach całego Dalekiego Wschodu, kierował oddziałem Komitetu miasta Czyta. Pracował jako maszynista kolejowy na trasie Chiłek-Czyta.
Maria Anastazja Niedziałkowska z domu Święcicka, poprzez babkę Janinę Sokołowską, pochodziła z hrabiowskiej rodziny de Traunon, która po rewolucji francuskiej schroniła się w Polsce. Mając 18 lat - namówiona przez starszą siostrę Helenę Stachurską i matkę Marię Święcicką, które znajdowały się w Chiłku juz od 1900 roku, jako szlachcianka-patriotka pojechała tam dobrowolnie i w 1910 roku wyszła za mąż za Józefa Niedziałkowskiego, już wówczas wdowca. Syberię opuścili w 1922 roku z czwórką dzieci. Helena miała 12 lat, Janina 10, Michał 8 i pół roku i Bolesław 1 i pół roku. Michał Niedziałkowski dobrze pamięta tamte czasy i mojego ojca: W Chiłku, miasteczku za Bajkałem, na trasie kolejowej Irkuck-Czyta, poza naszą rodziną mieszkało jeszcze wielu Polaków: Sadowscy, Musiałowie, Juszczkiewiczowie, Święciccy, a przede wszystkim Stachurscy.
Bronisław Stachurski człowiek odważny, szanowany przez wszystkich zesłanych Polaków i miejscową ludność, zginął 18 sierpnia 1918 roku, o północy wracał do domu, niósł zdobyty gdzieś bochenek chleba. Przed własnym domem został zastrzelony przez bandę bolszewicką. Mordu dokonała rządząca w Chiłku czerezwyczajka. Jego żona Helena Stachurska, siostra mojej mamy parała się różną pracą, aby utrzymać swoje dzieci: 7 letnią Jadwigę, 5 letnich Annę i Aleksandra oraz urodzoną po śmierci ojca Tusię, która jako 4 letnia dziewczynka zmarła na dyfteryt w Baranowiczach, po przekroczeniu granicy Polski.
Pana Jana Wragę poznałem na Syberii, dokąd zapędził się w 5 Dywizji Syberyjskiej, zagnanej na Syberię przez I Wojnę Światową. Dywizja była dowodzona przez płk. Czumę. Pan Jan Wraga był najmłodszym chorążym w tej Dywizji. Do Chiłka na Zabajkalu przywędrował z tyfusem plamistym i został przez moją mamę zabrany ze szpitala do naszego domu. Przy dobrej opiece i młodym wieku wyzdrowiał. Pamiętam jego pierwsze wyjście na podwórko i chęć pomożenia mamie w piłowaniu drzewa: za każdym pochyleniem za piłą chwiał się i omal nie przewracał, zastąpiłem Go przy tej pracy, miałem 8 lat. Potem rodzice wyprawili już zdrowego przez granicę mongolską aby dogonił w Charbinie swoich kolegów. A z rodziną Niedziałkowskich utrzymywał kontakt przez cały okres międzywojenny i po II Wojnie Światowej; przyjażń zadzierzgnięta na Syberii przeszła na następne pokolenia i trwa do dzisiaj.
Jako dziecko z zapartym tchem słuchałam opowieści syberyjskich mego ojca, ale najmocniej utkwiło mi w pamięci słowo - głód. W najgorszej sytuacji były dzieci; umierały z wycieńczenia. Potwierdza to Michał Niedziałkowski, który sam wszystkiego doświadczył. Zrozpaczeni rodzice wielokrotnie zwracali się o pomoc do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Jeden z tych apeli dotarł do rąk cesarzowej Japonii /Sadako 1884-1951, żona cesarza Yoshihito/ - kobiety wielkiego serca. Dzieci polskie, te do których udało się dotrzeć, zostały przewiezione specjalnym pociągiem do Japonii. Tam je odżywiono, ubrano w japońskie kimonka. Cesarzowa zaszczyciła swymi odwiedzinami dzieci syberyjskie, przełamawszy wszystkie wymogi etykiety i odwieczne zwyczaje swego kraju. Nigdy jeszcze w państwie japońskim cudzoziemskie dzieci nie oglądały cesarzowej. Dzieci polskie pierwsze dostąpiły tego zaszczytu. Na pamiątkę otrzymały piękne koszyczki z zabawkami. Dzieci przybywały do Japonii w kilku transportach. W akcji tej brało udział wielu ludzi dobrej woli - Polaków i Japończyków. Z Japonii, przez Ocean Indyjski, do Londynu dopłynęły w 1922 roku. Zgodnie z życzeniami rodziców, część dzieci przewieziono do Stanów Zjednoczonych, inne, w tym Niedziałkowskich /oprócz maleńkiego Bolesława/ - do Polski . Do Gdańska przybyli 26 listopada 1922 roku. W kraju trafili na nędzę, głód, choroby. Przenoszono ich do różnych sierocińców. Niedziałkowskich zabrała do Pniew-Ostrowa "czernica" /po rosyjsku zakonnica/, siostra Urszula Ledóchowska, obecnie błogosławiona. Tu warunki były znośniejsze. Maria i Józef Niedziałkowscy z Bolesiem i krewnymi opuścili Syberię w 1922 roku dzięki Feliksowi Dzierżyńskiemu - dziwne, lecz prawdziwe. Podczas kwarantanny w Baranowiczach zmarł mały Boleś. W maju 1923 roku odnależli swoje dzieci i zamieszkali w Częstochowie, aby dziękować Matce Boskiej za cudowne ocalenie. Dzisiaj po przeszło 70 latach, Michałowi załamuje się głos i nie może mówić ze wzruszenia. "Ktoś mnie zawołał - jakaś pani czeka na ciebie - zanim Ją ujrzałem - już wiedziałem, że to Matka!"
Powroty po klęsce: Pewnego dnia, pod koniec września, zapukał do drzwi wędrowiec. Tak można Go było nazwać. Zmęczony, ubranie sfatygowane, każda część garderoby w innym kolorze, na głowie kaszkiet. Trwało chwilę, zanim rozpoznałam w Nim Michała Niedziałkowskiego. Wracał z wojny pokonany, ale duchem niezwyciężony. Wojował w stopniu podchorążego z kadry wychowywanej i nominowanej przez dowódcę Podchorążówki w Częstochowie, wówczas płk. Stanisława Maczka, póżniej generała - bohatera I Dywizji Pancernej, którą dowodził we Francji, Anglii, znów we Francji /słynna bitwa pod Falaise/
Powiedział: :"8 września w bitwie leśnej koło Szydłowca paskudny Niemiec nadwyrężył mi ucho, ale do domu on już nie wrócił - tak mu dogodziłem" Mundur zamienił u chłopa we wsi na cywilne ubranie. Trasa do domu biegła akurat przez nasze strony. Mama najpierw Go nakarmiła, dała ciepłą bieliznę ojca, bo zaczynały się przymrozki, odespał dni i noce tułaczki i wyrażnie wrócił do formy. Rozmowom nie było końca. O przebytym froncie i oczywiście o Syberii - dawnego 8 latka z byłym strzelcem 5 Dywizji Syberyjskiej. Syberia, ciągle Syberia. Znane i nowe opowieści o tamtych latach. Po wypoczynku u nas w Stanach, Michał powędrował do rodziny. Musiał Ją odszukać, nie wiedział gdzie kto się znajduje.
Koniec, i dwie dziurki w nosie, i skończyło się, i ja tam byłem , miód i wino piłem, i dobrze się bawiłem. To są ulubione powiedzonka mojego taty na koniec każdej bajki czy opowieści.
Miłego dnia!
Miłej lektury!
Maja