,,W 1944 roku, w Powstaniu Warszawskim, walczyłem w batalionie ,,Harnaś" w wydzielonym oddziale ,,Grażyna", w stopniu starszego strzelca podchorążego Armii Krajowej. Miałem pseudonim ,,Bejard". 19 września 1944 r. przepłynąłem Wisłę z Powiśla na Pragę.
Zaczęliśmy z innymi kolegami wydawać na powielaczu nielegalną gazetkę ,,Alarm". 18 listopada na Grochowie poszedłem do umówionego mieszkania na spotkanie, w którym zastawiono tzw. kocioł, drzwi otworzył mi nieznajomy podporucznik, jak potem okazało się, był to słynny
Józef Światło. Na sprawie sądowej 9 lutego 1945 otrzymałem wyrok 2 lata więzienia. Siedziałem w więzieniu śledczym Warszawa III na ul. 11 listopada na terenie dawnych koszar 36 pp Legii Akademickiej. Tu po raz ostatni spotkałem majora Szymańskiego. Siedział w sąsiedniej pojedynczej celi. Pod koniec lutego dostał najwyższy wymiar kary. Wtedy więźniowie poprosili strażników, aby zezwolili Janczarowi odwiedzać ich, aby nie musiał sam siedzieć. Dostaliśmy na to zgodę i wtedy mogłem pułkownikowi przypomnieć nasza znajomość z Kielc sprzed 9 lat.
Po wykonaniu wyroku na pułkowniku, co ze względu na jego stopień było na terenie więzienia wydarzeniem, strażnicy więzienni opowiadali więźniom, że Lucjana powiesił na gałęzi drzewa naczelnik więzienia przy pomocy nienormalnego chłopaka, który był używany do różnych posług. Nie wiadomo, czy celowo robili to tak po partacku, że gałąź się ułamała. Pułkownika wieszali drugi raz. Naczelnik więzienia w żadnym wypadku nie dopuszczał takiej możliwości, aby skazanego przed wykonaniem wyroku odwiedził ksiądz w celu udzielenia ostatnich sakramentów.
Naczelnikiem był por. Kazimierz Szymonowicz w wieku ok. 30 lat (żydowskiego pochodzenia, jego prawdziwe nazwisko brzmiało Kopel Klejman). Pochodził z Chęcin, w Kielcach już przed wojną należał do Komunistycznego Związku Młodzieży. W marcu, już po wykonaniu wyroku na Janczarze, Klejman, posługując się więźniami folksdojczami, którzy zajmowali na terenie więzienia oddzielny barak, zbudował na podwórzu z cegieł pochodzących z rozbiórki ruin, bunkier-kaźń do wykonywania wyroków śmierci, z hakami w suficie oraz rynienkami odpływowymi. Oglądaliśmy tą budowę z okien. Wyroki Szymonowicz vel Klejman wykonywał chętnie sam przez zastrzelenie skazanego, lub przy pomocy nienormalnego, który pochodził podobno z Białołęki. Skazańca, zwykle młodego chłopaka, często w mundurze, ciągnęło zwykle na miejsce kaźni przy rozpaczliwych krzykach Tato! Mamo! czterech strażników. Inni stali na podwórzu z bronią przygotowaną do strzału, bo mieli rozkaz strzelać do więźniów, jeżeli któryś wyjrzałby przez okno celi. Więźniowie posługiwali się więc lusterkiem, lecz widok był tak przerażający i wprowadzający w depresję, że wkrótce tego zaprzestali. Dowiedziałem się później, że Klejman-Szymonowicz awansował wkrótce na naczelnika więzienia w Rawiczu. Jego syn studiował potem w ASP w Warszawie, ale ze względu na pracę swego ojca, cierpiał z powodu ciągłych docinków kolegów. Kiedyś w końcu popełnił samobójstwo, skacząc z okna na ulicę Traugutta. Podobno po śmierci syna Klejman wpadł w depresję i skończył ze sobą odkręcając kurki z gazem."
Jerzy Butwiłło, st. strz. pchor. ps. ,,Bejard", relacja byłego więźnia spisana przez T. Szymańskiego w kwietniu 2001 r. i uzupełniona w lutym 2005 r. [archiwum rodzinne]