Damazy Zelma
Slub w brzozie Lubawskiej. Pochowany w Nielbarku.
Gospodarstwo Zelmów było jednym z
większych w Nielbarku, babcia była w Nielbarku matką chrzestną
u kilkunastu dzieci (niekoniecznie spokrewnionych). Jednym słowem
byli
Państwem:) Zmieniło to się w czasie drugiej wojny. Historia
pobicia dziadka wyglądała następująco. W 1939 roku Niemcy zabrali
z plebanii w Brzoziu Lubawskim (wtedy Niemieckim) księdza
Zabrockiego. Dowiedział się o tym dziadek Damazy, który był
radnym w Radzie Parafialnej i społecznikiem. Chciał się
dowiedzieć co się dzieje z księdzem i pojechał do Nowego
Miasta Lubawskiego, dokąd zabierali ludzi. Tam trwało akurat
rozstrzelanie Polaków (7
grudnia 1939 r.) pod murem niedaleko rynku (są tam jeszcze ślady
po kulach). Próbował się tam dostać i czegoś dowiedzieć, ale
jacyś znajomi, którzy przy tym byli go odciągnęli, strasząc, że
może również być rozstrzelany. Dziadek dowiedział się tylko,
że część osób zabrano do jakiegoś lasu w Bratianie i tam
rozstrzelano i wśród nich był najprawdopodobniej ów ksiądz.
Jednak dziadek gdzieś tam zapadł w pamięci Niemców, bo kilka
dni po tym
wysiedlili rodzinę Zelmów z domu i umieścili tam jakiegoś
Araba. Oni natomiast mieszkali u jakichś znajomych. Wkrótce też (i
tu mi się daty nie zgadzają, bo kiedyś wujek mówił, że
Niemcy skatowali dziadka w 1942r. ,a dziś z Jego opowieści
wynikało, że to był rok 1940 lub 1941)Niemcy przyszli i zabrali
dziadka, związali mu ręce, a wujka Zbyszka i ciocię Sewerynę,
którzy uczepili się jego nóg z płaczem, bardzo silnie
odepchnęli. Wrócił
po dwóch dniach bardzo pobity i wracał do sił przez kilka
miesięcy. W tym czasie też Niemcy zabierali Polaków do lagrów,
obiecując, że będzie tam ludziom bardzo dobrze (wujek wspomina,
że mieli już uszyte specjalne plecaki, w które mieli się
spakować i przenieść do lagru). Początkowo ludzie w to
wierzyli, ale wkrótce to się zmieniło. W lagrze była siostra
dziadka - Umińska i Damazy wiedział już, że nic dobrego nikogo
tam nie czeka.
Jednak jego rodzina dostała wezwanie. Dziadek udał się wtedy do
jednego z Niemców, którzy stacjonowali w Nowym Mieście Lub., a z
którym znał się z czasów I wojny światowej (gdyż wtedy
służyli razem w wojsku niemieckim)i można powiedzieć, że ten
uratował Zelmów, bo kazał im uciekać i osiedlić się poza
Nowym Miastem, gdyż inaczej czeka ich śmierć. Tak też zrobili -
udali się do Czachówek (do kogoś z rodziny) i dostali
schronienie na
Zawadzie (to chyba była wtedy jakaś osada przy Czachówkach). Tam
się ukrywali i nie trafili do lagru.
Nie wiadomo kiedy wrócili do Nielbarka, do swojego gospodarstwa.